Archiwum
- Index
- Forstchen, William R & Morrison, Greg Crystal Warriors 2 Crystal Sorcerers
- Golding William Trylogia morska 02 TwarzÄ w twarz
- Savannah Davis Highland Warrior Samantha und William
- Charles Williams Hill Girl (1951) (pdf)
- William Mark Simmons Undead 3 Habeas Corpses
- William Golding Il signore delle mosche
- 141. Williams Cathy Zimowa przygoda
- Walter Jon Williams House of Shards
- Hogdson, William H La Casa en el Confin de la Tierra
- Williams Polly Bezradnik maĹĹźeĹski
- zanotowane.pl
- doc.pisz.pl
- pdf.pisz.pl
- gim12gda.pev.pl
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
— Nie wiadomo.
Uśmiechnęła się i było w jej uśmiechu dużo wdzięku. Zęby miała nieskazitel-
ne.
— Założy się pan? — zapytała.
Cała Alicja Weylin objawiła się w tym pierwszym spotkaniu, zanim poznałem
choćby jej imię i nazwisko. Nie wiedziałem tego, ale zarysy już zostały dla mnie
nakreślone. Ona po prostu musiała być taka. Zawsze odsłaniała siebie: w swojej
próżności graniczącej z zarozumialstwem, w swoich sztuczkach z rękami, z ocza-
mi i z głosem, w swoim bezpośrednim czarująco zuchwałym sposobie bycia i ab-
solutnym egotyzmie i chęci błyszczenia. Ale ja widziałem tylko to, że jest piękną
dziewczyną, nic więcej.
— Kirk Donner — przedstawiłem się.
88
— Och! racja! Bo jeszcze nie wiedziałam, prawda? Ładnie pan się nazywa,
Kirk Donner. Jestem Alicja Weylin — dobitnie wymówiła swoje imię i nazwisko
i czekała, żeby to zrobiło na mnie wrażenie.
Coś mi słabo zakołatało w pamięci.
— Teatr? — zapytałem. — Pani występowała w jakiejś sztuce. Nie mogę sobie
przypomnieć, w jakiej.
— „Dziewczyna jak Emily” — odpowiedziała. — Przez rok dawaliśmy to na
Broadwayu. Pan na tym nie był?
— Nie mogłem. Dwa lata przebywałem poza krajem. W Europie. W wojsku.
— Och! W wojsku.
Wyraźnie spotkał ją zawód. Już nie żyliśmy w epoce bohaterów. Czar mundu-
ru już się rozwiał.
— Nie byłem żołnierzem — powiedziałem. — Właściwie nie. Przedstawię pa-
ni mój zwięzły życiorys. Kiedy wyszedłem po czterech latach z college’u, komisja
poborowa zaczęła mi tak deptać po piętach, że w końcu się poddałem.
— Nie lepsze było magisterium? Każdy chwyta się tego.
— Prawie każdy. Ja wiem. A potem doktorat. A potem posada nauczyciela,
czy się chce, czy nie chce, czy się ma powołanie, czy się nie ma. Człowiek w re-
zultacie gorzknieje i wszyscy jego uczniowie stają się hippisami.
— Pan jest żołnierzem — powiedziała. — Mówi pan jak żołnierz.
— Nie. Jestem malarzem. Kiedy armia odkryła ten fakt, jak również fakt, że
płynnie mówię po niemiecku, wysłano mnie do Niemiec. Robiłem tam szkice dla
pewnego magazynu wojskowego i przy okazji rysowałem pułkownika i wszyst-
kich jego kumpli, aż zabrał mnie od tego pułkownika generał. Wymyślałem różne
preteksty, żeby zwiedzać najlepsze muzea, i prowadziłem cudowne życie. Mo-
głem dostać stopień oficera i bez żadnej dużej fatygi robić dalej karierę w armii,
ale wysiadłem. Wyłudziłem w Niemczech zwolnienie i odbyłem podróż po Italii.
Voila! Tyle o mnie.
— To nie był zwięzły życiorys — zauważyła.
— W takim razie przepraszam. Niech mi pani opowie o „Dziewczynie jak
Emily”.
Opowiedziała. Na swój sposób, z dygresjami, urywkowo, ale jakoś to sobie
podsumowałem. Nie grała w tej sztuce roli tytułowej. Była subretką. To był mu-
sical. Śpiewała tylko dwie piosenki, ale bardzo dobre. Więc uzyskała prawie taki
rozgłos jak Clover Atley, gwiazda tego musicalu. Opowiedziała mi też o filmie,
który nakręciła w Hollywood, i nagle spojrzała na zegarek.
— Och! Kolacja! Muszę się przygotować. Jeszcze nawet rzeczy nie rozpa-
kowałam. I z pewnością już jest poczta dla mnie w mojej kabinie, wiem, że już
jest. — Uniosła się z leżaka lekko jak kłębek dymu. — Pan załatwi ze stewar-
dem — powiedziała. — Mój stolik. Numer pięć. Godzina ósma.
89
Nie przyszło jej na myśl i w żadnym razie nie mogłoby przyjść, że to już stolik
nasz, stolik dwojga pasażerów mających równe prawa. Ciągle to był jej stolik, a ja
miałem siedzieć przy nim tylko dzięki jej łaskawemu kaprysowi. Ta koncepcja
niczym jeszcze nie potwierdzona rozbawiła mnie. Po prostu się dostosowałem.
O ósmej oczywiście się nie pokazała. Było dwadzieścia po ósmej, kiedy we-
szła do sali jadalnej. Miała na sobie obcisłą suknię tycjanowsko czerwoną i w tym
odcieniu prawie szkarłatnym wyglądała bardzo efektownie. Umiała się prezento-
wać, toteż wchodząc przystanęła na chwilę, jak gdyby niezdecydowana, po czym
ruszyła w takt dosłyszalnej tylko dla siebie muzyki. Ale tuż przede mną rozdzia-
wiła usta, wyszczerzyła zęby jak kompletna idiotka.
— Cip, cip, cip — powiedziała.
Przytrzymałem jej krzesło, żeby usiadła, a ona jeszcze przez kilka sekund, kie-
dy już siedziałem naprzeciw niej przy stoliku, miała tę minę wiejskiego matołka.
Potem zamknęła usta i uśmiechnęła się do mnie, najładniejsza dziewczyna, jaką
w życiu widziałem.
— Po co to „cip, cip”? — zapytałem.
— Ja mam twarz z gumy. Chciałam, żeby pan to zobaczył. I chciałam, żeby te
zagapione baby przy tamtym stoliku miały o czym mówić, poza komentowaniem
mojej czerwonej sukni. Podoba się panu ten ciuch?
— Jest wspaniały — powiedziałem.
Alicja była tuzinem kobiet w jednej osobie. Zacząłem dowiadywać się wielu
rzeczy o aktorkach. Pozwoliła sobie pić wino, ale tylko wino, nic mocniejszego,
i ani na chwilę, chociaż jadła kolację z mężczyzną, nie zapomniała, że patrzy na
nią publiczność. Wytrząsała anegdoty jak z rękawa i opowiadała je pięknie, robiąc
przerwy w oczekiwaniu na mój poklask po bardzo dowcipnych pointach. Byłem
nią zachwycony. Wiedziała o tym i chyba ją to bawiło.
Po kolacji poszliśmy do kina na statku. Dawano tam film „Cyrkowcy” z Joh-
nem Wayne i Claudią Cardinale. Alicja mówiła o Johnie Waynie „Książę” i wspo-
minała, że kiedy była w Hollywood, on chciał, żeby zagrała w jednym z jego
filmów.
— I nie zagrała pani?
— Wytwórnia się sprzeciwiła. Strasznie krótko mnie trzymali. Za miesiąc
mniej więcej wejdzie na ekrany ten film ze mną. Mówiłam już panu o tym?
— Nie.
— Film pod tytułem „Nie miałam się w co ubrać”. Mój agent nie pozwala mi
pracować dla nikogo, dopóki ten film nie wejdzie na ekrany, bo wtedy moja cena
skoczy w górę.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]